Już się zaczęło

Co się zaczęło? Euro. Oni już tu są!

Chodzi mi oczywiście o turystów. Tych zagranicznych. Jako mieszkaniec najfajniejszej dzielnicy Warszawy (wiem, bo mieszkałem w tym mieście już prawie wszędzie) widzę więcej. Chodzi o Nowe Miasto, czyli - jak sama nazwa wskazuje - część Starego Miasta. Tutaj to widać.



Nie zapomnę weekendu, podczas którego weszliśmy do Unii. Wcześniej było tak: turyści kręcili się po Rynku Starego Miasta, rzadko który docierał dalej niż do barbakanu. Oczywiście od zawsze robili to Japończycy - oni od dekad mają zadanie: dojść do Freta i cyknąć sobie fotkę przy rodzinnym domu Curie Skłodowskiej (z minami: ach, więc to ta, tutaj, to wszystko przez nią...). Na Rynek Nowego Miasta docierali najwytrwalsi, obcy język słyszało się stosunkowo rzadko. Było miło, cicho i prowincjonalnie - z ławeczką dla lokalnych żuli włącznie.

I nagle przyszedł "weekend unijny" - i stała się rewolucja: Rynek Nowego Miasta nasycił się zagraniczniakami niczym wcześniej Rynek Starego, wystraszeni żule pochowali się po bramach, a Rynek Starego to już w ogóle zaczął przypominać coś, co wcześniej słyszałem na temat Krakowa. I to wszystko ot tak: z piątku na sobotę - zupełnie jakby ci wszyscy zagraniczniacy czegoś się wcześniej bali, a teraz uznali, że skoro politycy podpisali, fotki zrobione, w telewizji pokazali - no to już można...

Po co o tym piszę? A bo znowu dzieje się to samo. Co wyskoczę na piwo to - z dnia na dzień - słyszę więcej obcej mowy. Rosyjskiej, angielskiej, hiszpańskiej - i też takiej, której nie rozumiem, a po jednym piwie głupio pytać (nie, nie chodzi o grecką, tę bym poznał, bo mam klasyczne wyksz... eee... no dobra, trochę tam u nich robiłem przy brzoskwiniach...).

Zauważyłem ten nagły przypływ dokładnie z piątku na sobotę - w miniony weekend. Już tu są! I teraz będzie ich coraz więcej... i będzie wielki, wielki sukces Polski. Cudzoziemcy (mówię o tych z Zachodu) wyjadą stąd zachwyceni. Skąd to wiem? Bo wiem, czego się spodziewają. Spodziewają się otóż kraju pełnego zrujnowanych hut, odrapanych miast pełnych szarych, ponurych, pijanych w sztok ludzi, dziurawych dróg na których permanentnie odbywają się derby furmanek... Jeśli nawet słyszeli, że w Polsce jest morze, to nie liczą na żadne plaże, jeno na zrujnowane nadmorskie bunkry i upadłe stocznie. Wiem, bo ich znam. Bo mnie wiele razy o to pytali.

To żadna sztuka przekonać ich, że Polska jest trochę inna. Poprzeczka wisi wyjatkowo nisko. Owszem, zobaczą TAKŻE te swoje (znaczy się nasze) dziurawe drogi, może nawet jakąś furmankę gdzieś dojrzą... jakiś pociąg na pewno im się spóźni, a przy okazji będzie brudny... Ale to akurat uznają za rzecz normalną, niewartą wspomnienia - natomiast każda droga bez dziur, każdy nowoczesny traktor na wsi, każdy w miarę trzeźwy, w miarę elegancko ubrany polski obywatel wprawi ich w zachwyt i skłoni do pełnych uniesienia stwierdzeń pt "ooo, nie, to wcale nie jest tak, jak myśleliśmy!".

Wiem, że tak zareagują, bo sam tak reagowałem jako "turysta z Zachodu" - najpierw w Rumunii, a ostatnio w Albanii. Nie tylko wszak Niemcy, Francuzi, Anglicy i Hiszpanie są zadufanymi półgłówkami bez pojęcia o świecie zewnętrznym... my też nie sroce spod ogona... i bardzo dobrze, zawsze chcieliśmy być częścią Zachodu - w kupie raźniej ;-)
Trwa ładowanie komentarzy...