Cień ulicy Franciszkańskiej

Moja ulica kiedyś była ulicą wielkomiejską, teraz jest uliczką osiedlową. Co z tego, że leży w samym centrum? Czytałem o niej wiele razy, nawet u Isaaca Singera, ale nigdy jej nie widziałem. Nie w poprzednim wcieleniu. I wreszcie - mam ją!

Kiedy znajomi z miasta Łodzi pytają mnie "jak się mieszka w Warszawie" odpowiadam, że "dziwnie". Dziwnie, bo mieszkam na terenie dawnego getta. Idąc do spożywczaka po bułki przenikam przez mur, wracając - znowu. Dziwność polega na tym, że została tylko siatka ulic. One się zgadzają, skrzyżowania są te same - i tylko domy kompletnie inne. Kiedyś było tu normalne miasto.Teraz - po stronie wschodniej - jest małomiasteczkowe osiedle małych bloczków (tu mieszkam), po zachodniej zaś - gomułkowska wielka płyta.



Ludziom z miasta Łodzi tłumaczę, że to trochę tak, jakby upieprzyć im kawał Śródmieścia, rozwalić wszystkie te fikuśne, secesyjne kamienice, ale - na otarcie łez - zostawić siatkę ulic - tak, że Zielona ciągle krzyżuje się z Gdańską, a Narutowicza z Kilińskiego. Tyle że przy tych ulicach stoją tylko bloki - jak na Teofilowie, czy Retkini.

Czepiłem się Łodzi, bo znam jej topografię, nieważne, każdy może to sobie przyłożyć do własnego miasta. Dziwne uczucie, nie? Nie pamiętam w ilu procentach zniszczono Warszawę. W wielu. Ale z getta pozostała jeno ceglana pustynia oraz jeden kościół. Na obszarze całkiem sporego miasta powiatowego po wojnie nie było NIC (jest takie zdjęcie: tramwaj jadący przez pustynię - to dzisiejsza Aleja Jana Pawła II).

Oczywiście tereny getta pozostały na zdjęciach, ale ja dotąd miałem pecha: widziałem mnóstwo ulic, a mojej Franciszkańskiej akurat nie. No i proszę: zacząłem czytać "Oskarżoną Wierę Gran" Agaty Tuszyńskiej. I wreszcie - jest! Rok 1941, po mojej ulicy kręci się tłum ludzi, lato, jeden chłopak jedzie na rowerze. Ulica wygląda oczywiście jak wyjęta z miasta Łodzi, bo Warszawa i Łódź jeszcze wtedy były dość do siebie podobne. Widać jakieś skrzyżowanie, ale które? Z Cichą? Koźlą? Freta? Bonifraterską? Nowiniarską? I w którą to jest stronę? Ze współczesnością nie zgadza się nic, dosłownie NIC! Żaden dom, żadna latarnia, perspektywa, nic!

Nic nie zostało? Ależ nie! Przyglądam się lepiej - czuję, że jest coś znajomego, coś mi pasuje, coś sztymuje. Co? Otóż: CIEŃ! Przecież ja ten cień dobrze znam, ja mam gorozpracowanego. W każdy bowiem letni, upalny dzień staram się tak postawić auto, żeby później nie wsiadać do rozpalonej puszki. Cały witz polega na tym, że jeśli zamierzam wsiadać przed południem, to muszę je ustawić przy głównej ulicy, po nieparzystej stronie. Jeśli zaś po południu - wtedy przy którejś z przecznic, bo po południu cień odchodzi właśnie tam.

Poznaję cię, cieniu! To ty! Jesteś zwarty, prostopadły i dość krótki, więc zdjęcie musi być robione w porze okołopołudniowej, od strony zachodniej, w stronę Wisły. Gdyby było odwrotnie - byłbyś długi, ukośny, popołudniowo - wieczorny.

Mam cię, cieniu! Co z tego, że rzuca cię zupełnie inny budynek? Ty jesteś dokładnie taki sam...
Trwa ładowanie komentarzy...